22 grudnia 2014

Wigilijne opowieści


Choinka

"Choinka się pali!" - historia o pożarze choinki w wieczór wigilijny jest opowiadana w mojej rodzinie młodszemu pokoleniu jako przestroga, aby nie bawić się zapałkami.
Rzecz się działa kiedy autorka tego bloga miała lat 5+ i jeden z wujów nauczył ją zapalać zapałki. Podejrzewam, że tata, który bohatersko ugasił pożar, do tej pory myśli, że to spięcie lampek choinkowych, nazywanych u nas w domu "ruskie gawno”, wywołało pożar biednej choinki J
Moja młodsza córka jest znacznie bardziej kreatywna niż ja w jej wieku. Dlatego choinka w moim domu już od kilku lat jest żywa i kłująca...  tak na wszelki wypadek.

W domu moich rodziców, zapałki i świece były zawsze pod ręką, gdyż w ówczesnych czasach, zwłaszcza zimową porą, często nie było prądu.
Jak ja tego nie cierpiałam! 
Rodzice nie pozwalali brać świec do pokoju. Siedziałyśmy z siostrą przy kuchennym stole, czekając aż włączą światło. Nie można było czytać ani rysować "bo oczy się popsują".

    
Uraz do romantycznych wieczorów przy świecach pozostał mi do dziś.
"Jezu.. co tu tak ciemno..? światło się popsuło czy co..?".
"Nie kochanie.. zrobiłem kolacje.. a świece, żeby nastrój był".
"Aha.. super.. ale może tą małą lampeczkę chociaż zapalimy, co..?".


                     
Jasełka w wykonaniu dzieci
z przedszkola nr 88 we Wrocławiu
          
             Święty Mikołaj

W czasach mojego dzieciństwa kolacje wigilijne spędzałam najczęściej u babci. Pamiętam to ekscytujące oczekiwanie, zjeżdżających się gości, przyjemny gwar, zapach ciasta i świątecznych potraw. Święta nie istniały bez wujka z Katowic. Postawny, wysoki górnik, podrzucał mnie w górę jak piłeczkę. Nie schodziłam mu z kolan. 
Po wigilijnej kolacji zawsze przychodził Mikołaj z worem prezentów. Dzieci, a czasem nawet dorośli musieli, coś zaśpiewać albo powiedzieć wierszyk, żeby dostać prezent. No cóż.. Mikołaj daje, Mikołaj wymaga..:)
Razu pewnego, Mikołaj odwiedził babci dom akurat wtedy, gdy mój ulubiony wujek wyszedł na zewnątrz go szukać..! 
Wujaszek nie nadchodził i niestety musieliśmy zacząć bez niego, bo Święty miał kupę roboty w tę noc.
Mikołaj rozdawał prezenty a Marzenka lat 7 przyglądała mu się uważnie.
"Dlaczego masz wujka zegarek?! 
Co zrobiłeś wujkowi?! 
Gdzie jest wujek?!" - no i w płacz..
I tak zdemaskowałam Mikołaja-oszusta..:)


Foto +Wiesław Pułczyński street photography ue...życie ulicy 
            Kolędnicy

Na Pomorzu zwyczaj kolędowania nie jest tak rozpowszechniony jak np. na Podhalu. Nigdy nie wiadomo, kiedy Śmierć zapuka do naszych drzwi.. Brrr..:).
Przygotowywałam właśnie w kuchni kolacje wigilijną.. a raczej miotałam się jak w amoku. Z pracy nie dało się wyjść wcześniej, później jeszcze ostatnie zakupy w drodze do domu, zaraz mieli przyjść goście a tu wszystko w proszku.. I jeszcze dzieci pałętające się pod nogami – tzn. mniejsza na poziomie bioder a starsza nad moją głową "Mamo.. a my głodne jesteśmy.. czemu nie ma nic do jedzenia..". 
!!!
Katarzyna i Amelia
Poprosiłam grzecznie aby wyszły na dwór, sprawdzić, czy nie widać gdzieś reniferów Świętego Mikołaja. 
Starsza przewróciła oczami "Chodź mała, idziemy na frytki". 
Frytki..! to ja tu oczy wypłakuje przy krojeniu cebuli a one na frytki..! Dla mnie duże..!
Zadzwonił dzwonek przy drzwiach.
"Klucze się nosi!" 
wydarłam się i z impetem otworzyłam drzwi ręką całą w mące.
"O Jezuś.." cofnęło mnie. 
Śmierć i  jej dwóch kumpli też zrobili krok w tył z okrzykiem "Matko Boska..!" 
Po czym huknęli "Przybieżeli do Betlejem pasterze!". 
Kolędnicy, ale super! 
W jednym z przebierańców rozpoznałam syna sąsiadów z ulicy. W podziękowaniu wręczyłam im kilka złotych, życzą wesołych świąt. W odpowiedzi usłyszałam 
"Pani Marzeno.. są święta.. nie trzeba się smucić.."

Opowiedziałam córkom o wizycie kolędników a starsza zapytała 
"I ty TAK im otworzyłaś? Spójrz do lustra!". 
Spojrzałam. 
Aż dziwne, że nie zaprosili mnie do swojego grona.. 
Włosy i brwi miałam ubielone artystycznie mąką, która wysypała się podczas wyjmowania z górnej półki.. 
Oczy, a raczej oczodoły i część nosa były czarne od rozmazanego tuszu do rzęs.. 
A na policzkach zaschło kilka czarnych strużek po cebulowych łzach..
I jeszcze ten fartuszek z napisem "I AM THE BEST".



Wigilia


Od kilku lat kolacje wigilijne były urządzane w moim domu i szczerze mówiąc, z roku na rok coraz mniej mi się to podobało. Zaczęłam nawet rozmyślać o wyjeździe w góry, żeby niby poznać inne świąteczne tradycje.. Kiedy okazało się, że bliżsi i dalsi członkowie rodziny mają już plany na święta, wcale mnie to nie zmartwiło. Szybko policzyłam, że na 3 osoby 15 pierogów.. no 20 -  to full wypas.. a barszcz może być wyjątkowo z torebki bez uszek;). 
Tak więc w wigilię wszystko było przygotowane przed czasem a Perfekcyjna Pani Domu mogła zrobić sobie długą relaksującą kąpiel i poczytać swój podchoinkowy prezent w wannie.. 
Bo jaka Wigilia taki cały rok! 

Wszystko było idealnie.. do czasu aż moja pierworodna Córka ze swoim chłopakiem nie pojawili się w domu. "Wiesz mamo.. zdecydowaliśmy, że pojedziemy po świętach, głupio jakoś tak siedzieć przy wigilii z obcymi. A... i jeszcze Ewelina z Rafałem przyjdą." 
W życiu bym się nie spodziewała takiego przypływu rodzinnych uczuć u Katarzyny.. Wysłałam więc oboje do marketu po wszystkie mrożone pierogi i uszka jakie będą.
Potem musieliśmy przestawić stół i przeorganizować miejsca przy stole.. trochę ciasno było.. Na to weszła moja mama i zarządziła dostawienie jeszcze 2 miejsc siedzących. Okazało się, że brat ze swoją połówką zmienili plany i też przybędą.
Cóż.. wysłałam więc młodzież do piwnicy po nasz zestaw ogrodowy - stół i 4 krzesła.. i 2 krzesełka plażowe też, na wszelki wypadek.. 
Zdecydowałam, że w tym roku na stole nie będzie dodatkowego tradycyjnego nakrycia dla niespodziewanego gościa..  Nie będzie, bo nie ma więcej talerzy..:)


Foto i wykonanie Ela Kraskowska
 https://pl-pl.facebook.com/glinianyzakatek



             Post Scriptum

Od czasu gdy przestałam się przejmować, że wszystko musi być idealnie i na czas, i ręcznie robione – zaczęłam lubić Święta. 
Wiem, że takiej atmosfery świątecznej jak w dzieciństwie już nigdy nie będzie, bo czasy się zmieniły, bo wszystkie dobra są teraz dostępne na co dzień a rodzina z końca Polski nie przyjedzie, bo ją nie stać, a jak stać to pojedzie na narty w Alpy.


W większości domów, tzw. atmosferę tworzy kobieta. Dla przepracowanej, zmęczonej codziennymi obowiązkami kobiety, święta to niepłatne nadgodziny.
Drogie Panie.. wyluzujcie i zadbajcie o swoje samopoczucie. Trzeba się w końcu nauczyć pić kawę, kiedy w zlewie pełno garów. 
Zlew nie ucieknie a gary zaczekają aż znajdziecie dla nich chwilkę. 
A może zdarzy się cud i ktoś je zmyje - nie za Ciebie, i nie dla Ciebie - tylko dla Nas. A jeśli podacie na wigilię śledzia w śmietanie bez śmietany, to Święta i tak się odbędą a wasz partner zje jak zgłodnieje;)
Najważniejsze, abyście Wy były pogodne i uśmiechnięte! Czego i sobie życzę, i na co dzień i od święta :-)



Wesołych Świąt!

Na szlaku... część 3



Niniejszy wpis kończy szwajcarskie opowieści, bo ile można... 
Choć ja mogłabym jeszcze trochę, bo to ciekawy kraj i pod pewnymi względami "skansen" w środku rozkrzyczanej Europy. Postanowiłam jednak zakończyć ten wątek z końcem roku i oto jest! (ciekawe, czy można by to zaliczyć na poczet noworocznych postanowień..?)

17 grudnia 2014

Na szlaku... część 2


W poprzednim wpisie zamieściłam kilka górskich, iście pocztówkowych widoczków z naszych pieszych wędrówek po Central Schweiz. Dziś podzielę się moimi refleksjami z samochodowych wycieczek po tym regionie.

15 grudnia 2014

Na szlaku... część 1

Wstyd się przyznać.. ale moje pierwsze poważne spotkanie z górami miało miejsce w szwajcarskich Alpach. Większość życia mieszkałam "nad morzem" w takiej odległości od morza jak mniej-więcej z Krakowa do Zakopanego.. Zdarzyło mi się być kilka razy w Tatrach, raz nawet przez tydzień ale wspomnienia z tych wycieczek mam bardzo mgliste.

Jezioro Sihlsee. Na horyzoncie pasmo o nazwie Buel-Alpfartli-Geissweidli-Fuchsberg-Tschuppmoos, w dole miejscowość Gross.

10 grudnia 2014

City of Dwarfs czyli tam, gdzie mieszkają krasnale

Wroclovek, fot.www.krasnale.pl
Kiedy przyjechałam do Wrocławia kolejny raz po dłuższym czasie, najbardziej zaskoczył mnie widok Dworca Głównego. 
Słyszałam, że odnowili, że ładnie i nie śmierdzi... ale żeby aż TAK..?!  Natomiast moja córka wypatrzyła na dworcu.. krasnoludki. Wspomniała mi o tym, kiedy siedziałyśmy już w tramwaju, więc nie mogłam zweryfikować naocznie tego faktu. Podróżowanie tanimi liniami każdy wie jakie jest …. ale żeby zaraz krasnoludki widzieć po opuszczeniu składu pociągu.. Skupiłam się, aby nie przegapić przystanku tramwajowego, na którym miałyśmy wysiąść i zapomniałam o rozmowie. Następnego dnia z ciekawością ruszyłyśmy do centrum żeby sprawdzić, jakie to jeszcze korzystne zmiany zaszyły we Wrocławiu. 
I wtedy, to JA zaczęłam widzieć krasnoludki.. 

8 grudnia 2014

Afrykarium we Wrocławiu




                              
Od października 2014r. Wrocław ma nową super atrakcję: Oceanarium – Afrykarium wybudowane na terenie Wrocławskiego ZOO.  Afrykarium to jedyny na świecie tego typu obiekt skupiający faunę i florę Czarnego Lądu. Budowa trwała 2 lata i kosztowała 220 mln zł. 

4 grudnia 2014

Wrocław na weekend

Dziś będę namawiać na weekendową wycieczkę do Wrocławia. Brak słońca i dwucyfrowej dodatniej temperatury w skali C nie oznacza, że trzeba siedzieć w domu przy kominku i raczyć się grzanym winem. Wystarczy tylko odpowiednio się ubrać i wziąć w termos to grzane wino:). Trasę zimowych wycieczek ustalam  inaczej, niż letnich. Wybieram obiekty zadaszone, do których można łatwo dojść czy dojechać. Na liście są więc muzea, wystawy i galerie, kościoły, kawiarnie i restauracje. Musi też być jakaś atrakcja dla mojej córki, chociaż ją zwykle interesuje wszystko. Trzeba tylko opowiadać w sposób, który przykuwa jej uwagę ale bez przeginania..

2 grudnia 2014

Czy w Lucernie rośnie lucerna?


Z lucerną zetknęłam się pierwszy raz wiele lat temu. 
Jako mała dziewczynka dorastałam na wsi, której do czasów Google Maps nie było na większości tradycyjnych map. 
Mój Dziadek hodował króliki. Karmił je m.in. lucerną – taką rośliną, uprawianą na zielonkę czy siano. Chodziliśmy na pole, aby jej nakosić. 
Kiedy w wieku 7 lat szlifowałam czytanie na książkowym atlasie świata, ze zdumieniem odkryłam, że istnieje miasto o nazwie Lucerna! 
Pierwsza myśl, która się pojawiła w główce małej dziewczynki, to czy rośnie tam lucerna..?